Mammuthus 156, czerwiec 2009

W numerze:

25 WYJAZD W BESKID MAKOWSKI – Jacek Ginter

HARNASIE NA WAKACJACH – Gosia Dziobak, Grażka, Jacek Ginter, Ryszard „Nowy” Antonik, Kura, Cieszynka, Wojciech Spała

Aby pobrać PDF z czerwcowym numerem kliknij tutaj.

Opublikowano

Mammuthus 155, maj 2009

POL-UŚ – Grażka Tkocz
GDY KRÓLOWA KAŻE IŚĆ – Karolina Małek
… Alicja – Sebastian Korczyk
CHAT-WEEK-REM – wiosna 2009 – Marcin Derejczyk

Opublikowano

Blacho-, Narto- WANIE

Kolejny piątek, kolejny wyjazd… Nie taki zwyczajny, gdyż kurs tym razem pojechał na narty. Nastroje jak przed każdym wyjazdem radosne, a chęci wielkie i jak przed każdym wyjazdem duża część tych chętnych rezygnuje. A było tak. Nietypowo, ponieważ tym razem z Gliwic pojechałem sam. W Katowicach czekał Huchel, z którym przypadkowo spotkałem jednego z czterech naszych kursowych Krzyśków (który tak de facto uciekł z pracy).

Razem wsiedliśmy do pociągu. A nie był to zwyczajny pociąg – był to pociąg, w którym działy się rzeczy wspaniałe i niebywałe. Jak zawsze poszliśmy na koniec pociągu. Wagon większo-bagażowy w większej części zajęty, w przedsionku miedzy wagonami ludzie, nikt jak na razie nie odważył się wejść do środka. Wszystko za sprawą dość oryginalnego i nietypowego towarzystwa siedzącego w przedziale bagażowym, ale o tym za chwilę. Odważny kurs nikogo się nie lęka, więc wchodzimy. W skrócie: w przedziale siedzą sobie mundurowi, dwóch SOKistów, dwóch żołnierzy ,jakaś straż graniczna plus teraz my. Jak na razie nic nie zapowiada tak wesołej atmosfery jaka się rozkręci.

Siadamy na plecakach, drzemiemy. W pewnym momencie odpoczynek przerywa nam ożywienie się towarzyszy podróży, głośniejsze rozmowy, śmichy, chichy. Początkowo nie reagujemy, próbujemy dalej spać. A tu kicha – nie pośpimy. Przegadali chyba wszystkie tematy zacząwszy od kobiet po buty i misje zbrojne w Czadzie i Somalii. Gdy skończyły się tematy zaczęła się delikatnie mówiąc jazda… Poszły w ruch dowcipy i czarny żołnierski humor. Kto miał styczność z wojskiem ten wie, kto nie to może sobie wyobrazić co to było. Kawały o soku z banana, śpiworze, ręcznej drezynie, babciach, Jasiach i Małgosiach. Więc, jako że nie byliśmy z nimi, nie wypadało się śmiać, bo gdybyśmy się zaczęli się głośno cieszyć wyszło by na to, że podsłuchujemy. Każdy z nas cieszył w duchu i po cichu, z rogalem na twarzy. Widok Huchla próbującego się nie śmiać – bezcenny.

Wraz z całą wesołą i radosną pociągową kompanią dojechaliśmy do Bielska. W Bielsku bus i w pół godziny byliśmy pod dolną stacją kolejki na Szyndzielnię. Teraz tylko pełne napięcia oczekiwanie na Macieja. Zdąży? Czy może trzeba będzie iść piechotą na górę (co ze sprzętem nie jest najprzyjemniejszą rzeczą)? Ale nasz kierownik kolejny raz nas nie zawiódł i zjawił się w ostatnich minutach przed odjazdem kolejki . W schronisku każdy zarezerwował sobie skrawek podłogi. Jak ktoś dobrze stwierdził: No, idioci, rozkładają się na ziemi a łóżka wolne. Jemy. Potem chmielowy napój i refleksje nad życiem i ciężką dolą kursanta. Nagle telefon, że moglibyśmy wyjść naprzeciw i poratować ekipę dochodzącą, która z różnych względów nie mogła zdążyć na ostatni wjazd. Niestety okazało się, że poradzili sobie bez nas i minęliśmy się gdzieś.

Następnego dnia nartujemy. Potem do schroniska i czekamy co będzie dalej. SKPG niczym sekta przyjmuje ludzi w swoje szeregi w lesie przy tajemnym ognisku. Dało się słyszeć głosy, że: Bez względu na wszystko wychodzimy o 19”. A Harnasie i tak wyszli standardowo po czasie. Powrócili po dwóch godzinach. Potem impreza i oryginalne zaprezentowanie się nowoblachowanych. A jak wiadomo na końcu miały być torty, do których nie wszyscy dotrwali (niech żałują!). Ja po tortach poszedłem odsypiać zeszły tydzień i nie wiem co działo się dalej a podobno działo się dużo. Rano niektórzy po dwóch godzinach snu i wcale nie małej porcji napojów wyskokowych poszli na narty. Podsumowując – nie było źle. Wszyscy, no prawie wszyscy, dotarli na imprezę. Ci którzy nie dotarli, po przejściach związanych z dużą ilością białego puchu, postanowili wspomóc producentów rakiet zakupując takowe.

blachowanieSzef kursu na dechach

Opublikowano

Wisła i Trójwieś kursanckim okiem

Wisła i Trójwieś kursanckim okiem – czyli jak to było i dlaczego 18-19.04.2009

To była piękna sobota. Tylko zaczęła się zbyt wcześnie rano.

Spotkaliśmy się wszyscy w Wiśle na Placu B. Hoffa pod budynkiem Muzeum Beskidzkiego, czyli dawną karczmą. Wtedy też musiało być tu fajnie, może mniej edukacyjnie, ale dałoby się spędzić tu kilka miłych chwil nad zimnym piwem w ciężkim glinianym kuflu i solidną porcją baraniej pieczeni. Rozmarzyłem się. Przepraszam. W Muzeum powitała nas Pani Małgorzata Kiereś, która przy kawie czy herbacie przedstawiła nam, jak wyglądało życie ludzi na terenach Beskidu Śląskiego w dawnych czasach, opowiadała o sałasznikach i innych ciekawostkach etnograficznych regionu. Tak spędziliśmy pierwsze godziny tego wyjazdu kursowego.

Kolejnym punktem obowiązkowym był Zameczek Prezydencki w Wiśle Czarne. Pani Przewodnik Zameczkowa przywitała nas w holu hotelu mieszczącego się w Dolnym Zameczku. Pierwszym co rzuciło się w oczy był cennik – niebagatelna cena za nocleg 200zł, ale podobno dają śniadanie gratis. Niektórzy spędzili chwile błogiego rozluźnienia w hotelowej toalecie (złote klamki, perłowa deska sedesowa i inne luksusowe elementy wyposażenia i wystroju).
[Tu w opowieści pojawia się Maestro z rodziną]

Następnie poszliśmy do Zameczku Właściwego, gdzie już nic fajnego nie było (chociaż niektórym się podobało i twierdzili że mogliby tam zamieszkać). Najciekawsza z tego wszystkiego była kaplica drewniana obok Zameczku.
[Tu z opowieści znika Maestro z rodziną]

Po obcowaniu z Majestatem Wyższym i architekturą dwudziestolecia międzywojennego przejechaliśmy na przełęcz Kubalonkę. Odwiedziliśmy bar w kształcie obudowanej chatką beczki, Wojewódzki Ośrodek Chorób Płuc Dzieci i Młodzieży oraz kościółek przeniesiony tu z Przyszowic koło Gliwic (niestety tylko z zewnątrz, gdyż jakaś szczęśliwa para uszczęśliwiała się tam jeszcze bardziej biorąc ślub). I dalej w drogę…

…która doprowadziła nasze Mechaniczne Rosynanty pod kościół pw. Dobrego Pasterza w centrum Istebnej. To był już wieczór. Kolacja, snucie planów (jakże ambitnych – ponad 20 kilometrów pieszo) na dzień następny i słodki sen w apartamentach PTSMu „Zaolzianka” o apartamentach hotelu „Zameczek”.

Niedziela. Niedziela zaczęła się jeszcze wcześniej niż sobota. Kurs cierpiał na bezsenność religijną i poszedł na 7:30 do kościoła na Mlaskawkę, mnie, skromnego kronikarza, autora tej relacji, zostawiając ze składnikami śniadaniowymi i zleceniem zrobienia najważniejszego posiłku dnia. Wrócili. Śniadania nie było. Już nie było. Ich strata. No dobra… trochę im zostawiłem, świnią nie będąc.

Po śniadaniu nastąpiły niesamowite roszady samochodowe (dwa auta pojadą tam, kolejne dwa tu, jeden wróci, ten zabierze tych stąd, a wy idźcie pieszo!). Sposobami znanymi tylko kursantom spotkaliśmy się bez strat własnych w Chacie Kawuloka na kolejnej porcji etnografii, okraszonej muzyką sałaszniczą (solówka Krzysia Roczniaka na trombicie – bezcenne). Magiczną mocą znaleźliśmy się pod Ochodzitą, a mocą własnych nóg nawet na jej szczycie (magiczna moc tam już nie dociera).

P   A   N   O   R   A   M   K   A.   D   Ł   U   G   A        P   A    N   O   R   A   M   K   A.
O   D          P   I   L   S   K   A        D   O          P   I   L   S   K   A.

Przejście przez przełęcz Rupienkę i przysiółki Wierch Czadeczka i Zapasieki, doliną Czadeczki i bezdrożami Słowacji do Trójstyku i Jaworzynki Trzycatka (jak widać ambitne plany się skróciły) gdzie skończyła się nasza autokarówka samochodowa i podziękowawszy Juzi za nadzór inwestorski nad grupą rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę.

Rumcajs

trojwiesBaaaaaaaaaardzo długa panoramka z Ochodzitej

Opublikowano

Szkolenie ratownicze

Wyjazd rozpoczął się nietypowo – dotransportowaniem się naszego miłego kursu samochodami około godziny 11 do  Domu Turysty PTTK „Hanka” w Zawoi. Przez niektórych  wystrój naszego miejsca noclegowego został określony jako „pokomunistyczne bezguście”, typowe dla podobnych obiektów. Łóżeczka bądź mięciutkie materace z pościelą na antresolach zostały nam zapewnione nam przez Kierownictwo, wraz ze sporą ilością łazienek z (b.)ciepłą wodą (;)) i/lub wrzątkiem na wszelkiego rodzaju zalewajki.

Po przekąszeniu tradycyjnego wspólnego posiłku wyruszyliśmy przecierać szlaki terenu uprawnień. Tym razem naszym celem miała być Przełęcz Jałowiecka oraz nauka torowania w śniegu :), która dana nam była im wyżej tym bardziej intensywnie i inwazyjnie dla naszych biednych i zmęczonych mięśni i głów, które się łamały ile tej drogi jeszcze przed nami i czy faktycznie maksyma Ambrożego z kondycyjnego nie ma pewnej dozy prawdopodobieństwa. Trzeba przyznać, iż torowanie to sztuka trudna, męcząca i wybitnie uciążliwa szczególne dla torującej osoby 🙂 Łagodziło jednak nasze samopoczucie piękno otaczającego zimowego krajobrazu i niesamowity błękit nieba. Pogoda była słoneczna, bez świeżego opadu śniegu; trzymał lekki mrozik. W niższych partiach śnieg sięgał nam po kolana, u góry hm… po moje pachy 🙂 Powrót tą samą, utorowaną przez nas ścieżką, bywał urozmaicany wpadaniem z premedytacją w jego głębsze i nieprzedeptane warstwy, np. z „pomnika przyrody” będącego wystającym korzeniem. Podsumowując – bawiły się „dzieciaki” na  śniegu 🙂

Po powrocie (już porą ciemną) czekała na nas perspektywa zjedzenia posiłku, który dla większości z nas miał postać kiełbasek, 1 ¾ ciastka oraz co kto tam miał to znosił do jadalni. Oczekiwaliśmy pana Goprowca i jego wykładu, lecz niestety czynniki niezależne zdecydowały za nas i całość szkolenia ratowniczego odbyła się następnego dnia na Markowych Szczawinach i przełęczy Brona. Tymczasem resztę wieczoru spędziliśmy dobrze bawiąc się w swoim towarzystwie: grając w zapewnione nam przez Agatę i Jarka „Prawo dżungli”, „Wypas”, „Owieczki”(?), „Hodowlę” itp. oraz konwersując.
Następnego dnia brutalna pobudka o 7, śniadanko i wymarsz na Markowe Szczawiny, gdzie znaleźliśmy się przed południem. Na miejscu czekał nasz wykładowca – Goprowiec, który w bardzo sympatyczny i przystępny sposób prezentował nam środki do transportu poszkodowanych: wózek alpejski, deska kanadyjska, akia, deska ortopedyczna, materac próżniowy itp. Oczywiście, przypinaliśmy się i nosiliśmy nawzajem :). Mieliśmy też okazję posłuchać opowieści o metodach ratowania oraz zwiedzić dyżurkę i zobaczyć wszystkie sprzęty Goprowców, którzy oprócz defibrylatorów, butli z tlenem i radia posiadają również telewizor, mikrofalówkę, ciepełko i mięciutkie łóżeczka 😛 Lekko zmarznięci ciągłym staniem na 10 stopniowym mrozie w końcu wyruszyliśmy na przełęcz Brona, aby tam odbyć część praktyczną szkolenia. Pod nawisem śnieżnym odbyliśmy krótkie szkolenie lawinowe, tzn. rozpoznawanie rodzaju śniegu, badanie jego konsystencji, aby w razie czego móc ocenić warunki podczas zimowego chodzenia po górach. Oczywiście godzina stania wychładza, więc ratowaliśmy się tak jak zawsze gorącą herbatką z termosów i kanapkami kursowej roboty. Pan Goprowiec przygotował dla nas super atrakcje, które rozgrzały nas lepiej niż herbata, czy inne specjały, przerywając jedyną tego dnia panoramkę na samej przełęczy (słowo JEDYNA wężykiem, w ramkę, i nad łóżko – niemożliwe prawda :P), a był to zjazd w KLUCZU FRANCUSKIM (przyznam się publicznie – pierwsze skojarzenie pognało do szafki z narzędziami ojca ;)). Zaczęło się od mocowania liny na łopacie turystycznej, oczywiście zaklinowanej w dołku, a później na grzybku wydrążonym w śniegu, który kształtem nie przypomniał niczego konkretnego ale wytrzymał wszystkie zjazdy.  No i wreszcie nadszedł czas próby – zjazd na linie. Mimo, że większość pierwszy raz i z lekkim stresem, wszyscy poradzili sobie znakomicie, a na końcu liny każdy lądował z bananem na twarzy. W międzyczasie i później nastąpiły spontanicznie zainicjowane dupozjazdy – rewelacja! Pan Goprowiec zaplanował dla nas (za) dużo, więc niestety nie przetestowaliśmy tajemniczego sprzętu dźwiganego przez Krasnala w czerwonym worku i innych ciekawostek. Nikt nie wie co to było ;( Na sam koniec mieliśmy za zadanie znieść na dół poszkodowanych na środkach transportu tworzonych z tego, co na nas i przy sobie – full improwization. Jedna grupa znosiła Adasia zasłabniętego – chłopaki (sztuk 3) użyli do tego jabłuszka, plecaka, pętli i ślizgali go w dół. Druga grupa, liczniejsza, opatrywała ranną Węgierkę (śliwkę:P) z złamanym podudziem – rola w wykonaniu Natalii. Użyto 2 plecaków, kilku sznurków, szalików, innych wiązaczy oraz karimaty. Pan Goprowiec i Maciek pochwalili co było do pochwalenia, skarcili co było do skarcenia i tak zakończyła się nasza przygoda z ratownictwem w rejonie Babiogórskiego Parku Narodowego. Podziękowaliśmy i pożegnaliśmy się pięknie z Panem Goprowcem. Zeszliśmy na dół bardzo szybciutko i dopakowując do plecaków zostawione w „Hance” rzeczy, powoli wg określonych składów samochodowych podążyliśmy spokojnie do naszych domów.

Bogusia Śpiewak

ap1070237Ćwiczenia z transportu poszkodowanego

Opublikowano

Relacja z obozu zimowego.

01.02.09, niedziela – dzień pierwszy.

Wszystko zaczęło się w Krakowie – w autobusie PKS relacji Gliwice – Zakopane, kiedy to całość ekipy spotyka się z naszym przewodnikiem Pawłem i rusza zakopiańską drogą do Nowego Targu. Krótkie przywitanie, wymiana uścisków między tymi bardziej lub mniej znajomymi kursantami
i ruszamy.

Przystanek Nowy Targ. Tu oglądamy ciekawy układ rynku, słuchamy Krzyśka R., opowiadającego o zapomnianych piwnicach tuż pod jego uliczkami i z zaciekawieniem słuchamy opowieści o Orkanie, przed którego pomnikiem przyszło nam stanąć. Po chwili ruszamy dalej. Zwiedzamy dwa kościółki – najstarszy według faktów p.w. św. Katarzyny i najstarszy według legendy p.w. św. Anny, o których opowiada nam Agnieszka. (więcej…)

Opublikowano